Wywiad specjalny z Renée Zellweger

Gwiazda mówi o swojej pracy, życiu, roli kobiety i feminizmie.

Co się z tobą działo w ostatnich sześciu latach? Co sprawiło, że wróciłaś?

To sprawił czas. Poczułam się gotowa. Poza tym stęskniłam się. To, ile znaczy dla mnie aktorstwo, wiem tylko ja. A gdy usłyszałam o nowej Bridget Jones, bardzo podekscytowała mnie perspektywa ponownej pracy nad tą rolą.

Dobrze zrobiła ci przerwa od Hollywoodu i aktorstwa?

Tak, dużo się nauczyłam. To nie był czas roztrwoniony na leżenie na plaży, ani nic z tych rzeczy. Rozwijałam inne swoje umiejętności i zainteresowania. Sprawdzałam się na różnych polach. Zrealizowałam też dwa swoje projekty, serial telewizyjny. Po prostu żyłam życiem, chcąc wypełnić złożone wobec siebie dawno zobowiązania.

Czy miałaś potrzebę innej interpretacji tej roli, bo kontekst kulturowy i feministyczny trochę się zmienił od ostatniej części? Czy jednak ta postać była już dla ciebie na tyle znajoma, że nie musiałaś jej odkrywać na nowo?

Po części jedno i drugie. Wiele aspektów tej postaci pozostało niezmienionych i mój proces przygotowania do roli był podobny, jednak pojawiło się też wiele obszarów do rozwinięcia. Sfery, w których mogłam pokazać ewolucję Bridget, to jak przez ten okres dojrzała, pozostając wciąż naiwną i właśnie niedojrzałą.

Czy wydaje ci się, że teraz współczesne społeczeństwo realizuje feministyczne postulaty?

W dużej mierze tak. Mam wrażenie, że dużo się zmieniło. Dorastałam w przekonaniu, że kobieta może swobodnie wybierać życiową ścieżkę, niekoniecznie spełniając społeczne oczekiwania wobec jej roli. To też przekonanie, że kobiety mogą zajmować prominentne stanowiska związane z władzą i wpływami. Myślę, że teraz młoda generacja kobiet wchodząca na rynek pracy nie do końca ma świadomość historyczną, nie zdaje sobie sprawy jak trudna walka została stoczona o tę ich swobodę wyboru. Mówią, co myślą, realizują się jak chcą, mogą pisać scenariusze czy startować w wyborach. Nic ich nie ogranicza.

Bridget jest po czterdziestce, a wciąż ma dwóch adoratorów, wciąż jest pożądana. To chyba pozytywne przesłanie dla kobiet w tym wieku?

Nie myślałam nigdy o niej w tych kategoriach. Ta postać jest mi po prostu bardzo bliska i nie ujmowałam jej w jakiś przedziałach wiekowych. Nie myślałam, że może być na coś za stara. Za stara na pożądanie. Dla mnie pozostaje bardzo żywa, emocjonalna, budząca silne uczucia.

Tak, ale to wciąż krzepiąca wizja życia kobiety.

I to mnie cieszy. Scenariusz napisała kobieta, film wyreżyserowała kobieta, kobieta jest też producentem. Kobiety stworzyły ten film dla kobiet i to jest dla mnie krzepiące przesłanie. Te wszystkie kobiece historie wokół powstania tego filmu. I to, że jest zapotrzebowanie na taką opowieść, że kobiety się w niej odnajdują. Mam nadzieję, że krytyka dostrzeże głębszą funkcję tego filmu, że dostrzeże wartość wykraczającą poza filmowe rzemiosło, zobaczy co więcej otrzymuje widz na emocjonalnym poziomie.

Jesteś podobna do Bridget?

O Boże! Tak! Głównie chodzi mi o jej niezręczność, jakąś niezgrabność i to, że jednak potrafi się podnieść. W tym jest inspirująca. Bliskie dla mnie jest też to, że mimo wszystkich tych jej wyobrażeń, dążeń, pragnień, standardów, które chce spełniać, na końcu pozostaje autentyczna i wierna wewnętrznej intuicji.

Czy miałaś wątpliwości przed decyzją o ponownym wcieleniu się w tę rolę?

Oczywiście, czuję dużą odpowiedzialność w związku z tym, że Bridget stała się tak popularna. Jest też odpowiedzialność wobec autorki powieści, Helen Fielding, bo nie chciałabym zniekształcić postaci nakreślonej przez nią, zakłamać świata, który stworzyła. Chciałam być jak najbliżej tego pierwowzoru, nie naruszać tej powieściowej energii.

Lubisz te wydarzenia związane z promocją filmu?

To element mojej pracy, a jeśli porzucisz pewną marketingową perspektywę i powrócisz do tej ludzkiej, możesz po prostu potraktować to jako dzielenie się, celebrację swojej pracy z najbliższymi, z przyjaciółmi. To okazja, żeby odwiedzić fajne miejsca, trochę się wystroić i świetnie się bawić. Jestem natomiast bardzo czuła na wszelkie próby angażowania aktora w jakieś nadmiarowe kampanie promocyjne, by sprzedać coś jeszcze przy okazji, by firmował swoją osobą jakieś idee czy narracje, które dla kogoś są wygodne. To już nie jest dla mnie zabawne. Takie formatowanie, gdzie stajesz się tylko narzędziem w czyjejś rozgrywce. Unikam tego, uważam na to, odwracam wzrok i udaję, że tego nie ma.

Dziękujemy za rozmowę.

Kategoria Tagi